z Watykanu
Papieska homilia z Pasterki |
|
2008-12-24
Drodzy Bracia i Siostry,
„Kto jest jak nasz Pan Bóg, który mieszka w
górze i w dół spogląda na niebo i na ziemię?”. Tak śpiewa Izrael w jednym ze
swych Psalmów (113 [112], 5 n), w którym sławi zarazem wielkość Boga i Jego
życzliwą bliskość ludziom. Bóg mieszka w górze, ale spogląda na dół… Jest
niezmiernie wielki i znacznie nas przewyższa. To jest pierwsze doświadczenie
człowieka. Odległość wydaje się nieskończona. Stworzyciel wszechświata, Ten,
który wszystkim kieruje, jest bardzo daleko od nas. Tak się początkowo wydaje.
Potem jednak przychodzi zaskakujące doświadczenie: Ten, który nie ma równego
sobie, który „mieszka w górze”, Ten sam spogląda w dół. Pochyla się. Widzi nas i
widzi mnie. To Boże spoglądanie w dół jest czymś więcej, niż spojrzeniem z
wysoka. Spoglądanie Boga jest działaniem. To, że widzi mnie On, że na mnie
patrzy, przemienia mnie i świat wokół mnie. Tak więc w Psalmie mówi się zaraz
potem: „Podnosi z prochu nędzarza…”. Swoim spoglądaniem w dół podnosi mnie On,
życzliwie bierze mnie za rękę i pomaga mi wychodzić – właśnie mnie – z dołu ku
górze. Bóg się pochyla. To słowo jest słowem proroczym. W betlejemską noc
przyjęło znaczenie całkiem nowe. Pochylanie się Boga nabrało niesłychanego i
wcześniej niewyobrażalnego realizmu. Pochyla się – schodzi, właśnie On, jako
dziecko aż do nędzy stajni, symbolu wszelkiego ludzkiego niedostatku i
opuszczenia. Bóg rzeczywiście schodzi. Staje się dzieckiem i wchodzi w sytuację
zupełnej zależności od drugich, która jest właściwa istocie ludzkiej dopiero co
narodzonej. Stwórca, który ma wszystko w swoich rękach, od którego my wszyscy
zależymy, staje się małym i potrzebującym ludzkiej miłości. Bóg jest w stajni. W
Starym Testamencie świątynia uważana była niemal za podnóżek stóp Boga, zaś
święta arka za miejsce, na którym On – w tajemniczy sposób – był obecny wśród
ludzi. Wiedziano więc, że ponad świątynią – niewidoczny – wznosił się obłok
Bożej chwały. Teraz wznosi się on nad stajenką. Bóg jest w obłoku nędzy dziecka
bez schronienia. Jakiż to obłok nieprzenikniony, ale jednak – obłok chwały! W
jaki bowiem inny sposób jego ogromna miłość do człowieka, jego zatroskanie o
niego mogłyby się ujawnić jako większe i czystsze? Obłok ukrycia, ubóstwa
dziecka całkowicie potrzebującego miłości jest równocześnie obłokiem chwały. Bo
nic nie może być wznioślejsze, większe od miłości, która w ten sposób pochyla
się, schodzi, staje się zależna. Chwała prawdziwego Boga staje się widzialna,
kiedy otwierają się oczy naszego serca przed betlejemska stajnią.
Z opisu
Bożego Narodzenia w Ewangelii według św. Łukasza, który dopiero co usłyszeliśmy,
dowiadujemy się, że Bóg uchylił nieco osłonę swego ukrycia najpierw wobec ludzi
bardzo niskiego stanu, którzy w wielkim społeczeństwie byli raczej pogardzani:
wobec pasterzy, którzy na polach wokół Betlejem pilnowali zwierząt. Łukasz mówi
nam, że ci ludzie „trzymali straż nocną”. W ten sposób usłyszeć możemy
przypomnienie centralnego motywu orędzia Jezusa, w którym stale i coraz bardziej
przynaglająco, aż do Ogrójca, powraca wezwanie do czujności – by czuwając
dostrzec przyjście Pana i być nań przygotowani. Dlatego również tutaj słowo to
znaczy może coś więcej, niż tylko zewnętrznie nie spać w nocną porę. Byli to
ludzie naprawdę czuwający, w których żywe było poczucie Boga i Jego bliskości.
Ludzie, którzy trwali w oczekiwaniu na Boga i nie godzili się z tym, że wydaje
się On daleki od codziennego życia. Do serca czuwającego można skierować orędzie
wielkiej radości: tej nocy narodził się wam Zbawiciel. Tylko serce czuwające
zdolne jest uwierzyć w orędzie. Tylko serce czuwające może napełnić się odwagą
do wyruszenia w drogę, by znaleźć Boga w sytuacji dziecka w stajni. Prośmy Pana,
by pomógł również nam stać się ludźmi czuwającymi.
Św. Łukasz mówi nam
ponadto, że pasterze zostali zewsząd „oświeceni” chwałą Bożą, obłokiem światła.
Znajdowali się wewnątrz blasku tej chwały. Objęci świętym obłokiem słuchają
anielskiego śpiewu uwielbienia: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój
ludziom, w których ma upodobanie”. A kim są ci ludzie, w których ma upodobanie,
jeśli nie maluczcy, czuwający, ci, którzy oczekują, pokładają nadzieję w dobroci
Boga i szukają Go, spoglądając ku Niemu z daleka?
U Ojców Kościoła
znaleźć można zaskakujący komentarz na temat śpiewu, którym aniołowie
pozdrawiają Odkupiciela. Aż do tego czasu – mówią Ojcowie – aniołowie znali Boga
w wielkości wszechświata, w logice i pięknie kosmosu, które pochodzą od Niego i
są Jego odbiciem. Przyjmowali, by tak rzec, niemy śpiew pochwalny stworzenia i
przemieniali go w muzykę nieba. Teraz jednak stało się coś nowego, wprost
wstrząsającego dla nich. Ten, o którym mówi wszechświat, Bóg, który wszystko
podtrzymuje i nosi w ręku – On sam wszedł w dzieje ludzi, stał się kimś, kto
działa i cierpi w historii. Z radosnego niepokoju wywołanego tym niepojętym
wydarzeniem, z tego drugiego, nowego sposobu, w jaki Bóg się objawił – mówią
Ojcowie – zrodził się nowy śpiew, którego jedną strofę Ewangelia o Bożym
Narodzeniu dla nas zachowała: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój
ludziom, w których ma upodobanie”. Można być może powiedzieć, że zgodnie ze
strukturą poezji hebrajskiej ten dwuwiersz w swoich dwóch częściach mówi w
gruncie rzeczy to samo, ale z innego punktu widzenia. Chwała Boga jest na
wysokościach niebios, ale ta Boża wysokość znajduje się teraz w stajni – to, co
było niskie, stało się wzniosłe. Chwała Boga jest na ziemi, jest chwałą pokory i
miłości. I jeszcze: chwała Boga jest pokojem. Tam, gdzie jest On, tam jest
pokój. On jest tam, gdzie ludzie nie chcą czynić w sposób autonomiczny z ziemi
raju, posługując się w tym celu przemocą. Jest On z ludźmi o sercu czuwającym, z
pokornymi i z tymi, którzy odpowiadają na Jego wzniosłość, na wzniosłość pokory
i miłości. Daje im swój pokój, aby przez nich pokój wszedł na ten
świat.
Średniowieczny teolog Wilhelm z klasztoru św. Teodoryka powiedział
kiedyś: Bóg – począwszy od Adama – widział, że Jego wielkość budziła w człowieku
opór, że człowiek czuje się ograniczony w byciu samym sobą i zagrożony w swej
wolności. Bóg zatem wybrał nową drogę. Stał się Dzieckiem. Stał się zależnym i
słabym, potrzebującym naszej miłości. Teraz – mówi nam ten Bóg, który stał się
Dzieckiem – nie możecie już bać się Mnie, teraz już możecie mnie tylko
kochać.
Z takimi myślami zbliżamy się tej nocy do Dziecięcia z Betlejem –
do tego Boga, który dla nas chciał się stać dzieckiem. W każdym dziecku jest
odblask dziecięcia z Betlejem. Każde dziecko domaga się naszej miłości. Pomyślmy
zatem tej nocy szczególnie również o tych dzieciach, którym odmówiono miłości
rodziców. O dzieciach ulicy, które nie otrzymały daru domowego ogniska. O
dzieciach brutalnie wykorzystanych jako żołnierze i uczynionych narzędziami
przemocy, zamiast móc być nosicielami pojednania i pokoju. O dzieciach, które
poprzez pornografię i wszystkie inne haniebne formy nadużyć są ranione aż do
głębi duszy. Dziecię z Betlejem jest nowym apelem skierowanym do nas o
uczynienie wszystkiego, co możliwe, aby położyć kres udręce tych dzieci; o
uczynienie wszystkiego, co możliwe, aby światło z Betlejem dotknęło ludzkich
serc. Tylko przez nawrócenie serc, tylko przez wewnętrzną przemianę człowieka
można przezwyciężyć przyczynę wszystkiego tego zła, można pokonać moc złego
ducha. Tylko wtedy, gdy zmieniają się ludzie, zmienia się świat. A żeby się
zmienić, ludzie potrzebują światła pochodzącego od Boga, tego światła, które w
sposób tak nieoczekiwany weszło w naszą noc.
A mówiąc o Dziecięciu z
Betlejem myślimy również o miejscowości, która nosi nazwę Betlejem. Myślimy
również o tym kraju, w którym Jezus żył i który głęboko umiłował. I modlimy się,
aby tam wytworzył się pokój. Aby ustały nienawiść i przemoc. Aby wzbudziło się
wzajemne zrozumienie, aby dokonało się otwarcie serc, które otwiera granice. Aby
zstąpił pokój, o którym śpiewali aniołowie owej nocy.
W Psalmie 96 [95]
Izrael i z nim Kościół wyśpiewują wielkość Boga, która objawia się w stworzeniu.
Wszystkie stworzenia są wzywane, by włączyć się w ten śpiew pochwalny, i jest
tam też zachęta: „Niech wszystkie drzewa w lasach wykrzykują z radości przed
obliczem Pana, który już się zbliża” (Ps 96 [95], 12 n). Kościół odczytuje ten
Psalm jako proroctwo i zarazem jako zadanie. Przyjście Boga do Betlejem dokonało
się w ciszy. Tylko pasterze, którzy czuwali, byli przez chwilę ogarnięci
świetlistym blaskiem Jego przyjścia i mogli usłyszeć część tego nowego śpiewu,
który narodził się z podziwu i radości aniołów na przyjście Boga. To nadejście w
ciszy chwały Boga kontynuowane jest przez wieki. Tam, gdzie jest wiara, gdzie
Jego słowo jest głoszone i słuchane, Bóg gromadzi ludzi i daje im siebie w swoim
Ciele, przemienia ich w swoje Ciało. On „przychodzi”. I w ten sposób budzi się
ludzkie serce. Nowy śpiew aniołów staje się śpiewem ludzi, którzy poprzez
wszystkie wieki na sposób wciąż nowy wyśpiewują przyjście Boga jako dziecka i,
wychodząc od swego wnętrza, stają się radośni. A drzewa leśne udają się do niego
i radują się. Choinka na placu św. Piotra mówi o Nim, chce przekazać Jego blask
i powiedzieć: Tak, On przyszedł i drzewa leśne Go sławią. Choinki w miastach i
domach winny być czymś więcej, niż tylko świątecznym zwyczajem. Wskazują na
Tego, który jest racją naszej radości – na Boga, który dla nas stał się
dzieckiem. Śpiew pochwalny w samej swej głębi mówi w końcu o Tym, który jest sam
drzewem życia na nowo odnalezionym. W wierze w Niego otrzymujemy życie. W
Sakramencie Eucharystii daje się On nam – daje życie, które sięga aż do
wieczności. W tej godzinie przyłączamy się do śpiewu pochwalnego stworzenia, a
nasze uwielbienie jest równocześnie modlitwą: Tak, Panie, daj nam ujrzeć coś z
blasku Twojej chwały. I daj pokój na ziemi. Uczyń nas ludźmi Twojego pokoju.
Amen.
Radio Watykańskie
|